niedziela, 13 marca 2016

Wiatr i Woda 2016

Ponownie mieliśmy przyjemność uczestniczyć w tegorocznej edycji targów Wiatr i Woda.
Nie żebyśmy byli wielkimi pasjonatami tematu ale lubimy czasem poczuć wiatr w żaglach, przypomnieć sobie dawne wyprawy, pomarzyć i pokazać dzieciakom coś ciekawego.

Impreza oczywiście przyciągnęła całe rzesze zwiedzających. Sama w tym roku potraktowałam temat po macoszemu - kompletnie nie przygotowałam się do wyjścia, tj nie mogę odżałować, że przegapiłam spotkanie z Panem Aleksandrem Dobą. Mam za swoje :(

Wszystkie te jachty motorowe, silniki, sprzęt do nawigacji.. robią ogromne wrażenie i niesamowicie pobudzają wyobraźnię ;) szczególnie te pierwsze :D Było na czym oko zawiesić i czasem już nie miałam sił podnosić aparatu, bo byłam zbyt zajęta podziwianiem wystawionego sprzętu.

Jednak, jak dla mnie, za mało było żeglarstwa. Zabrakło zwykłych żaglówek, maczków, małych katamaranów, czyli tego co w tym momencie najbardziej mnie interesuje (ze względu na dziatwę i swoje skromne możliwości). Może jednak nie jest to impreza gdzie powinnam się spodziewać wspomnianych?

Bardzo spodobały nam się stoiska wystawców kajaków i o dziwo było ich baaardzo wielu, 
a sprzęt prezentowany niesamowicie zróżnicowany, 
od specjalistycznych ekstremalnych jednoosobówek do rekreacyjnych, rodzinnych.


Z wielką przyjemnością odwiedziliśmy stoisko "Gdynia na Fali" gdzie moje dzieciaki wypatrzyły piękny model jachtu, a szalenie sympatyczne Panie pozwoliły na krótką sesję fotograficzną. Dzieciarnia odeszła obdarowana gadżecikami, z pełnymi kieszeniami łakoci, czego ja nawet nie zauważyłam :D zaabsorbowana jachcikiem.
.. czy wspominałam już jak bardzo wyrozumiałe bywają moje dzieci? ;)



-.-





Po dwukrotnej turze po całym, ogromnym terenie targów, postanowiliśmy zakończyć dzień równie ciekawie
i sympatycznie jak się zaczął. Wbiliśmy swoje zmęczone odwłoki w autko i przemieściliśmy się w stronę naszego ulubionego miejsca na gastronomicznej mapie Warszawy. Trzeba przyznać, że podróżowaliśmy
z fasonem. Pogoda dopisała, było sucho więc na tę okazję wytoczyliśmy się z rana Beatą, BMW e24 r1987  tj. wielką pasją ojca mych dzieciorów, który w pełni rozumie moją pasję kolekcjonera, bo porażony strzałą Amora odkrył swoją. I chwałą mu za to :D


Beata, z klasą i przyjemnym warkotem silnika, dowiozła nas do Cô Tú.
Nie jest to miejsce, o którym można przeczytać w przewodnikach Michelin. To bar z kuchnią wietnamską mieszczący się w pawilonach na tyłach Nowego Światu. 
Wracamy tam od wieków, od kilkunastu lat. Najpierw były przerwy w pracy na szybki lunch, potem niektóre randki, a teraz rodzinne obiady, wypady urodzinowe, na poprawę humoru, dla uczczenia sukcesów w szkole i tak zwyczajnie, bo "nie chce się dziś gotować" ;) 
W Cô Tú zawsze jest PEŁNO! Menu przewidywalne ale dania pyszne. 
Nie było innej możliwości - ten dzień musieliśmy zakończyć właśnie tam :D







2 komentarze:

  1. ale udany dzień - dobrze, że zostały
    po nim fotki z modelami i modelkami :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie natrafiłam na Twój blog - jestem zachwycona i wciągnięta po uszy :-)
    dzięki i pozdrawiam
    d.

    OdpowiedzUsuń